|
W środowisku feudałów europejskich
joannici szybko stali się popularni. Byli instytucją kościelną o
dużej niezależności, gdzie młodsi synowie rodzin feudalnych,
pozbawieni dziedzictwa i urzędów, mogli zrobić wielką karierę
wojskową i polityczną, a przynajmniej mieli zapewnione dostatnie życie,
zgodne z wymogami stanu rycerskiego. Chętnie więc członkowie możnych
rodów feudalnych i rodzin rycerskich, dla których zabrakło już
ziemi i władzy, przyjmowali habit zakonny. Nie tracili oni kontaktu
ze swymi krewnymi, a te powiązania rodzinne umożliwiły joannitom
uzyskanie w świecie chrześcijańskim dużych wpływów. Środki
oddziaływania zakonu były zresztą różne. Na przykład władze
zakonne pozwalały braciom obejmować urzędy świeckie i różne
funkcje na dworach możnych lub władców. Bracia ci byli nawet
zwolnieni od walki z niewiernymi. Musieli tylko w razie mobilizacji sił
wojskowych zakonu posłać wielkiemu mistrzowi swoje konie, uzbrojenie
i pieniądze potrzebne na wyprawę.
Potęgę i wpływy w Europie zakon zawdzięczał również dużej
liczbie członków afiliowanych, żyjących poza domami zakonnymi, ale
związanych z zakonem i korzystających z jego przywilejów kościelnych.
Należeli do nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety, nazywano zaś
ich confratres (współbracia) i consorores (współsiostry). Najczęściej
byli nimi członkowie rodzin monarszych, książęcych i możnowładczych.
W zamian za zapisy testamentowe, bogate darowizny ziem, dochodów,
pieniędzy
przyjmowano ich do wspólnoty zakonnej i mogli oni w ten sposób
korzystać ze wszystkich przywilejów braci zakonnych. Joannitom
instytucja konfratrów przynosiła dużo pożytku. W ten sposób zakon
nie tylko poszerzał znacznie swoje wpływy, ale powiększał też
swoje ziemie i dochody.
Wzrost potęgi i bogactwa zakonu był ostatnią i najważniejszą
zmianą, jaka nastąpiła w dziejach skromnego początkowo bractwa
Szpitala św. Jana w Jerozolimie. Jak dużą rolę w życiu i w działalności
zakonu odgrywały pieniądze, pokazuje umowa, którą w 1168 roku
zawarł król jerozolimski Amalryk I z joannitami przed planowaną
wyprawą na Egipt. Zakon zobowiązał się wówczas dostarczyć królowi
500 rycerzy i kilka razy więcej lekkozbrojnych turkopolów. Król
natomiast obiecał joannitom przysłowiowe złote góry. Po zdobyciu
Egiptu mieli oni otrzymać na własność miasto Bilbais (niedaleko
Kairu) z całym okręgiem, które — jak obliczono —
przynosiło
rocznie 100 000 złotych bizantów dochodu. Do tego z dziesięciu
innych miast egipskich miała być wpłacana rocznie do kasy zakonu
łącznie suma 50 000 bizantów. Wreszcie król przyrzekał joannitom
dziesiątą część łupów wojennych i skarbu kalifa, jeśli wpadnie
on w ręce łacinników. Ta gigantyczna transakcja nie została do końca
zrealizowana z tej prostej przyczyny, że Amalryk I nie zdołał podbić
Egiptu. Ale i tak umowa jest interesującym świadectwem, choć
pozostała tylko na pergaminie. Odsłania ona prawdziwe motywy działania
joannitów. Tak samo jak uczestnicy krucjat nie walczyli oni dla samej
idei. Walkę z niewiernymi joannici traktowali jak dobry interes, który
powinien przynieść konkretne korzyści w postaci nowych posiadłości,
łupów i dodatkowych dochodów.
Dochody zakonu płynęły właśnie przede wszystkim z ogromnych
posiadłości joannitów, które znajdowały się zarówno na
Wschodzie, jak i w Europie. Prócz majątków ziemskich, z należącą
do nich ludnością chłopską, własnością zakonu były również
domy i place w miastach, kramy i hale targowe, piekarnie, łaźnie, młyny,
ogrody, winnice, kamieniołomy, a nawet saliny nad morzem, gdzie
przez odparowywanie wody morskiej uzyskiwano sól. Wszystko to
przynosiło joannitom olbrzymie dochody. Ponadto spore sumy pieniędzy
zakon uzyskiwał również z innych źródeł. Na przykład w Akce i
Tripoli część opłat ceł portowych szła do kasy joannitów. W
niektórych okolicach zbierali oni dziesięcinę, w innych znów ściągali
do swoich szkatuł podatek płacony przez muzułmanów. Wreszcie niemałe
sumy płynęły do kasy zakonu z łupów wojennych i z okupu za jeńców.
Warto tu powiedzieć, że na wykup własnych ludzi, wziętych do
niewoli, joannici nie przeznaczali ani grosza. Była to zresztą
zasada stosowana przez wszystkie zakony rycerskie na Wschodzie.
Dlatego bardzo rzadko zdarzało się, iż wzięci do niewoli rycerze
zakonni wracali do swoich. Częstsze już były wypadki przejścia na
mahometanizm i próby ułożenia sobie życia w nowych
warunkach.
Wzorem templariuszy joannici zajmowali się również operacjami
finansowymi, pośrednicząc często w przekazywaniu sum pieniężnych
z Europy do Królestwa Jerozolimskiego. Czasem także służyli możnym
pielgrzymom pomocą przy organizowaniu pobytu w Ziemi Świętej. Około
roku 1168, na przykład, książę węgierski wpłacił do kasy
joannitów 10 000 bizantów, aby ci kupili w Królestwie Jerozolimskim
posiadłości, gdzie książę mógłby przebywać w czasie swojej
pielgrzymki. Po zakończeniu podróży księcia miały one przejść
na własność zakonu. W liście do księcia — pisanym po
dokonaniu wpłaty — wielki mistrz wyjaśnia, że nie mógł kupić
nic odpowiedniego w okolicach Jerozolimy. Daje jednak do dyspozycji
księcia kilka posiadłości zakonnych, położonych niedaleko świętego
miasta. Gdyby zaś dostojny pielgrzym chciał rezydować w Akce, może
kupić tu za 6000 bizantów pałac, cztery domy i folwark w pobliżu.
Całość tej posiadłości przynosi 1100 bizantów rocznego dochodu
— pisał w zakończeniu wielki mistrz. Uderzają w tej
korespondencji dobra orientacja w sprawach gospodarczych
i staranne obliczenie zysków. Podobne układy prowadzili joannici z
królem czeskim Władysławem II, któremu ofiarowano na rezydencję
zamek zakonny Crac des Chevaliers, położony w hrabstwie Tripoli.
Joannici i templariusze zajmowali się nadto przewozem morskim
pielgrzymów i krzyżowców. Było to zajęcie przynoszące duże
zyski i początkowo zajmowali się nim tylko kupcy portowych miast włoskich
i południowofrancuskich. Dopiero w pierwszych dziesiątkach lat XIII
wieku zaczęły się pojawiać w Marsylii okręty do przewozu
pielgrzymów, należące do zakonów rycerskich. Trzeba pamiętać, że
podróże morskie nie były wówczas bezpiecznym przedsięwzięciem.
Pomijając już niedoskonałość sprzętu, burzliwą pogodę i
sztormy, a także ciągłe zagrożenie chorobami i epidemią wśród
stłoczonych na okrętach i źle odżywianych ludzi, poważnym
niebezpieczeństwem byli piraci. A właśnie Morze Śródziemne było
tradycyjnym siedliskiem rozbójnictwa morskiego. Walki zaś chrześcijan
z
muzułmanami jeszcze ułatwiały działania piratów. W tej sytuacji
okręty joannitów i templariuszy, dobrze uzbrojone i mające
zaprawioną w bojach załogę, zapewniały większe bezpieczeństwo
przejazdu. I zapewne dlatego okręty zakonów rycerskich cieszyły się
dużym powodzeniem, konkurując skutecznie w przewozie pielgrzymów i
krzyżowców z okrętami kupców marsylskich. Doprowadziło to do
sporów zakończonych w 1234 roku ugodą między Marsylią a zakonami
rycerskimi. Dwa razy w roku (w marcu i we wrześniu) każdy zakon mógł
w Marsylii załadować jeden okręt z 1500 pielgrzymami, a więc
rocznie mogli joannici i templariusze przewieźć 6000 osób.
Okręty przez nich używane musiały być duże. Należały one
zapewne do typu tzw. usserii (wrotowców), to jest przeznaczonych do
transportu ludzi i koni. W tylnej części takiego okrętu znajdowały
się szerokie wrota, przez które wprowadzano konie. Mieścił się w
nich również swobodnie rycerz na koniu. Usseria zabierała zwykle na
pokład około 600 ludzi i 250 koni, a załoga wynosiła co najmniej
50 ludzi. Były jednak i większe, które mieściły około 1000 podróżnych.
Usserie
joannitów i templariuszy, zabierające na pokład 1500 osób, należały
do największych okrętów. Zaopatrywano je zwykle w machiny miotające
kamienie i pociski zapalające, dla zwalczania okrętów pirackich.
Widok takich olbrzymów sunących po morzu był naprawdę imponujący.
Na kasztelach i burtach zawieszano zwykle tarcze herbowe rycerzy i
barwne znaki podróżnych malowane
na deskach. W czasie wiatru tak łomotały, że Joinville —
sekretarz króla Ludwika IX — porównywał ten dźwięk do
grzmotu.
Joannici i templariusze nie ograniczyli się tylko do transportu
pielgrzymów z Marsylii. Okręty obu zakonów spotyka się także w
innych wielkich akcjach transportowych okresu krucjat. Kiedy na przykład
król francuski Ludwik IX planował swoją pierwszą wyprawę krzyżową
w 1246 roku, wśród okrętów, które miały przewieźć armię krzyżowców,
znajdowały się również okręty obu zakonów
rycerskich.
Zarobione w różnych transakcjach finansowych i handlowych pieniądze
joannici — przeciwnie jak templariusze — lokowali w posiadłościach
ziemskich. Istniejące już majątki, darowane lub zdobyte, powiększali
ciągle przez nowe zakupy. W rezultacie do zakonu należały duże
dobra we wszystkich prawie krajach europejskich, a na Wschodzie
joannici byli największymi posiadaczami ziemskimi
wśród zakonów rycerskich. Z ziem leżących na pograniczu tworzone
były kolonie wojskowe, całkowicie zależne od władz zakonnych. Również
w hrabstwie Tripoli i księstwie Antiochii posiadłości joannitów
tworzyły zwarte terytoria, będące rodzajem niezależnego państewka.
Tutaj joannici mieli pełną władzę nad ludnością i dużą
samodzielność polityczną.
Ziemie joannitów tylko w małej części były uprawiane bezpośrednio
przez zakon, przy pomocy braci służebnych i czeladzi. Najczęściej
uprawiali ją dzierżawcy, poddani chłopi i niewolnicy, wobec których
zakon stosował te same metody ucisku i wyzysku co świeccy feudałowie
tego czasu. Dziwić może dziś fakt posiadania przez zakon niewolników.
W średniowieczu nie był to jednak wypadek odosobniony. Niewolnicy
stanowili w dobrach joannitów na Wschodzie dużą część ludności
zależnej i rekrutowali się z podbitych muzułmanów lub z jeńców
wojennych. Statuty zakonne zabraniały, bez specjalnej zgody wielkiego
mistrza, chrzcić niewolników, bo następstwem chrztu było ich
wyzwolenie. Kapituła generalna postanowiła ponadto w 1262 roku, że
niewolnik może być tylko wtedy wyzwolony, jeśli złoży sumę, za
którą można kupić dwóch lub trzech nowych niewolników.
|