|
Przygotowania do
procesu templariuszy ludzie króla rozpoczęli już w 1305 roku:
zbierano obciążające dowody, wyszukiwano świadków herezji i występków
templariuszy. Filip Piękny poinformował papieża Klemensa o
zebranych dowodach winy. Papież jednak wstrzymał się od wszelkich
kroków przeciw zakonowi, w sierpniu zaś 1307 roku postanowił - na
żądanie wielkiego mistrza templariuszy, który dowiedział się już
o oskarżeniach - zbadać sam sprawę i przeprowadzić śledztwo.
Ta decyzja papieża, jak również przybycie do Francji wielkiego
mistrza Jakuba de Molay przyspieszyły akcję Filipa Pięknego. We
wrześniu 1307 roku król na spotkaniu ze swymi doradcami w opactwie
Maubuisson opracował ostateczny plan uderzenia. Do urzędników królewskich
została wysłana tajna instrukcja, dotycząca szczegółów
aresztowania i przesłuchiwania templariuszy oraz przejmowania przez
administratorów dóbr zakonnych.
Miesiąc później, 13 października 1307 roku, w całej Francji
aresztowano templariuszy. Kronikarze mówią o aresztowaniu wszystkich
templariuszy tego samego dnia i o tej samej godzinie. Może to
przesada, jednak bez wątpienia było to uderzenie gwałtowne i
niespodziewane. Mistrzowska operacja królewskiej policji. Zaskoczenie
było absolutne. Nie ma żadnych wiadomości o oporze stawianym przez
templariuszy. A przecież wśród rycerzy i braci zakonnych nie brak
było ludzi odważnych i zdecydowanych, nawykłych do władania
mieczem. Około 2000 osób znalazło się w królewskich więzieniach.
Wśród aresztowanych był też wielki mistrz Jakub de Molay. Jeszcze
dzień wcześniej, 12 października, u boku króla brał udział w
ceremoniach pogrzebowych hrabiny Yalois i niósł trumnę razem z
innymi dygnitarzami dworu.
Filip Piękny chciał nadać sprawie templariuszy rozgłos międzynarodowy.
Kilka dni później wysłał więc listy do wszystkich władców chrześcijańskich,
zawiadamiając ich o odkryciu herezji templariuszy i wzywając, aby
poszli jego śladem i bronili wiary przed nową herezją. Większość
władców europejskich, których potrzeby finansowe były podobne jak
króla francuskiego, posłuchała tego wezwania i stała się nagle
gorliwymi "obrońcami religii".
Aresztowanych we Francji templariuszy przesłuchiwali urzędnicy królewscy,
potem inkwizytorzy. Jedni i drudzy stosowali tortury, będące wówczas
w sądownictwie w powszechnym użyciu. W trakcie śledztwa ustalono więc
winy templariuszy: bluźnierstwo, wypaczanie obrzędów kościelnych,
rozpustę i homoseksualizm, bałwochwalstwo. Wszyscy prawie przyznali
się do zarzucanych im win, nie wyłączając najwyższych dygnitarzy
zakonu. Duże wrażenie zrobiło zeznanie wielkiego mistrza Jakuba de
Molay, złożone w obecności mistrzów uniwersytetu paryskiego (25 października).
Przyznał się do tego, że podczas przyjęcia do zakonu zaparł się
Chrystusa i pluł na krzyż. Oświadczył też, że jako wielki mistrz
nakazał utrzymać dalej ten obrzęd w zakonie. Uroczyście zapewniał
o swojej skrusze i prosił o przebaczenie i nałożenie pokuty. Wysłał
również list do wszystkich templariuszy we Francji, aby przyznali się
do winy. Inny dygnitarz zakonu, Hugo de Pairaud - niedawno jeszcze
wysoki urzędnik skarbowy królestwa - przyznał się do jeszcze większych
występków. Nie tylko wyrzekał się Chrystusa i pluł na krzyż oraz
kazał robić to innym, ale ponadto jeszcze czcił bożka - diabła w
kształcie głowy ludzkiej. Była to, jak zanotowano w aktach procesu,
"głowa z metalu, posiadała twarz jakby ludzką, włosy czarne i
kędzierzawe". Inny z templariuszy zeznał, że wierzono
powszechnie, iż ten idol pomagał zakonowi, był źródłem bogactwa
templariuszy. Nazywano go zwykle Bahomet, co mogło być zniekształceniem
imienia Mahomet.
Wśród historyków nie ma zgody, czy zarzuty, do których przyznała
się większość templariuszy, były prawdą czy też zmyśleniem.
Niektórzy twierdzą, że w zakonie istniała grupa ludzi, rodzaj
tajnego stowarzyszenia, uprawiająca obce chrześcijaństwu ryty
kultowe i praktyki magiczne. Inni widzą w tym tylko wytwór fantazji
wrogów zakonu, a sędziowie wmawiali oskarżonym te historyjki w
czasie przesłuchań i na torturach. Opinię tę zdaje się potwierdzać
fakt, że w czasie przesłuchań przez komisję papieską templariusze
odwoływali swe zeznania, składane pod przymusem tortur. Poza tym
procesy prowadzone poza granicami Francji nie ujawniły żadnych
takich występków. Jedynie w Państwie Kościelnym, gdzie władcą był
sam papież, procesy inkwizycji potwierdziły winę oskarżonych. Śledztwo
nie ujawniło też żadnych materialnych dowodów winy templariuszy.
Mimo dokładnych poszukiwań nie znaleziono idolów, ksiąg
heretyckich czy magicznych ani tajnej reguły zakonu. Wszystkie dowody
winy opierały się tylko na zeznaniach.
Być może jednak pewne zarzuty stawiane templariuszom były
prawdziwe. Istniały prawdopodobnie jakieś specjalne rytuały
przyjmowania nowych członków zakonu, inne od powszechnie w zakonach
przyjętych ceremonie i zwyczaje, których wielu nie rozumiało lub
celowo tłumaczyło w sposób opaczny. Wszystkie prawie zeznania mówią,
że podczas ceremonii przyjmowania nowy brat zakonny po otrzymaniu
habitu (a więc po formalnym przyjęciu) musiał na rozkaz przyjmującego
go templariusza, którym był zwykle jakiś urzędnik zakonu, napluć
na krzyż i wyrzec się Chrystusa. Przypuszczam, że taka ceremonia
istniała rzeczywiście u templariuszy. Była to próba - jedna z
najcięższych dla wierzących, a przy tym zabobonnych ludzi średniowiecza
- posłuszeństwa wobec rozkazów przełożonego. Kto zdobył się na
wykonanie tego polecenia, ten nie wahał się już później spełniać
innych rozkazów przełożonych. A o to przecież chodziło.
O wynikach śledztwa informowany był papież Klemens V. Ujawnienie
"zbrodni" zakonu wywołało wielki skandal. Oczekiwano więc
od papieża, aby zabrał głos w tej sprawie. Po pewnych wahaniach,
naciskany przez króla francuskiego, Klemens V zdecydował się
wreszcie na wypowiedź w sprawie templariuszy. 22 listopada 1307 roku
papież ogłosił bullę, w której chwali gorliwość króla Francji,
podaje treść zeznań wielkiego mistrza i nakazuje wszystkim władcom
chrześcijańskim aresztować templariuszy, a dobra ich zająć, aż
do ostatecznego ustalenia winy zakonu. We wszystkich prawie krajach
europejskich rozpoczęły się wtedy procesy przeciw templariuszom.
Stanowisko papieża zmieniło się na początku 1308 roku. Wysłani
przez niego do Paryża dwaj legaci przesłuchali uwięzionych
dygnitarzy zakonu. W obecności legatów papieskich wielki mistrz
Jakub de Molay i Hugo de Pairaud odwołali swe poprzednie zeznania,
obciążające tak bardzo zarówno ich samych, jak i cały zakon. W
tej sytuacji papież zakazał inkwizytorom i biskupom francuskim
prowadzenia dalej sprawy templariuszy. Ta decyzja papieska, mogąca
ocalić zakon i zniweczyć plany Filipa Pięknego, spowodowała nową
akcję króla francuskiego.
Kierujący całą sprawą Wilhelm de Nogaret rozpoczął kampanię
przeciw papieżowi; za pomocą pism ulotnych chciał wrogo nastawić
opinię publiczną do papieża - obrońcy występnych i bezbożnych
templariuszy. Zwołane do Tours w maju 1308 roku Stany Generalne -
reprezentacja wszystkich warstw społeczeństwa francuskiego -
zaaprobowały politykę króla w sprawie templariuszy. W rezultacie
tej kampanii Klemens V uległ naciskowi króla. Latem 1308 roku na wspólnym
spotkaniu Filipa Pięknego z papieżem ustalono, że sprawę
templariuszy rozpatrzy specjalna komisja papieska, ale aresztowani członkowie
zakonu nadal pozostaną w więzieniach króla, a dobra zakonne pod
zarządem królewskim.
Rozpoczęła się nowa faza procesu przeciw templariuszom, która
obejmowała jakby dwie serie procesów prowadzonych równolegle. Jedne
- odbywały się z udziałem inkwizytorów w sądach biskupich i
rozpatrywały sprawy pojedynczych templariuszy. Równocześnie z nimi
prowadzony był przez komisję papieską inny proces, który miał
ustalić winę nie pojedynczych osób, ale całego zakonu.
Komisja papieska, która rezydowała w opactwie św. Genowefy w Paryżu,
przesłuchała wielu templariuszy i innych świadków, aby ustalić,
czy zakon był organizacją heretycką. W czasie tych przesłuchań
wielu templariuszy odwołało swoje poprzednie zeznania. Niektórzy z
nich wyjaśnili, że zeznania obciążające zakon składali pod wpływem
strachu i tortur. Kilku uwięzionych templariuszy przedłożyło
memoriał komisji papieskiej, który zachował się do dziś. Oto co
piszą rycerze zakonni o metodach śledztwa: "...i to jest pewne,
że my oraz inni bracia nie jesteśmy w bezpiecznym miejscu, ponieważ
jesteśmy i będziemy we władzy tych, którzy podsuwają fałszywe
oskarżenia przeciw zakonowi panu królowi. Oni codziennie, sami lub
przez innych, nakłaniają nas w różny sposób, abyśmy nie odwoływali
wymuszonych strachem fałszywych zeznań. Twierdzą, że jeśli je
odwołamy, zostaniemy na pewno spaleni". Rzecz ciekawa, nie odważono
się zaatakować i oskarżyć króla, a tylko anonimowych wrogów
zakonu.
Takie oświadczenia składane przed komisją papieską być może mogłyby
jeszcze ocalić sprawę templariuszy. Ale nowe wypadki sparaliżowały
obronę. Oto w maju 1310 roku synod biskupów w Sens, obradujący pod
przewodnictwem arcybiskupa Filipa de Marigny, związanego blisko z królem,
potępił 54 templariuszy i uznał ich winę. Zostali oni spaleni na
stosie. Egzekucja ta wywołała nową falę strachu wśród więzionych
zakonników. Nie próbowali się już bronić. Jakże szybko załamywali
się ci zahartowani w walkach rycerze, którzy mieli opinię ludzi
odważnych, dumnych i hardych.
|